Dawno, dawno temu, w czasach, gdy Facebook nie znał jeszcze relacji, a ja miałem zdecydowanie więcej wolnego czasu niż arkuszy Excela w pracy, spróbowałem kiteboardingu. Był 2009 rok, gorący Egipt, porządny wiatr i ja z błyskiem w oku oraz deską, której obsługa pozostawała dla mnie wtedy raczej tajemnicą niż umiejętnością. Skończyło się kilkoma efektownymi upadkami, lekkim wstrząsem dla ego i obietnicą, że jeszcze kiedyś do tego wrócę.
Minęło dziesięć lat. Przyszedł 2019 rok, a wraz z nim większa determinacja, lepszy balans i neopren, który wreszcie nie wyglądał jak pożyczony od starszego brata. Wróciłem na wodę i od tamtej pory regularnie można mnie spotkać w Jastarni. To właśnie tam, na Draga czuję się jak ryba w wodzie, a czasem wręcz jak rekin wśród fal, zawsze głodny wrażeń, słońca i porządnego jedzenia po pływaniu.
Dziś, w 2026 roku, ta zajawka ma się lepiej niż kiedykolwiek. Nadal startuję w zawodach CrossFit, melduję się na biegowych trasach, w tym w Półmaratonie Warszawskim, a sport wciąż daje mi dokładnie to, czego od niego oczekuję: energię, dyscyplinę, oddech od codzienności i zdrową dawkę adrenaliny. Ostatnio na serio wkręciłem się też w Padla, a obok wiatru i deski pojawiła się jeszcze jedna miłość, speed boat. Szybka łódź, otwarta woda i horyzont przed sobą to zestaw, któremu naprawdę trudno się oprzeć.
A gdzie będę za rok? Odpowiedź wydaje się dość oczywista. Na Półwyspie Helskim, bo kiedy raz złapie Cię wiatr, nie odpuszcza. I bardzo dobrze, bo kite to nie tylko sport. To styl życia, lekcja pokory, czysta adrenalina i całkiem sporo śmiechu z samego siebie, zwłaszcza wtedy, gdy zamiast widowiskowego manewru wychodzi spektakularne spotkanie z wodą ;)
Do zobaczenia na wodzie, albo przy burgerze po sesji.
Port Jastarnia